Dystans122.39 km Czas07:12 Vśrednia17.00 km/h VMAX39.19 km/h Podjazdy550 m
Na Koniec Świata - dzień 6
Kategoria z sakwami

Tym razem spałem nad samą Wartą, w miejscu, w którym Ner wpływa do Warty. To był pierwszy poranek, który nie przywitał mnie chmurami lub deszczem, tylko słońcem. Nad wodą unosiła się cienka warstwa mgły, ale była tylko nad wodą, reszta nieba była czysta.. Obudziłem się jeszcze w nocy, wyjrzałem z namiotu i już wiedziałem, że muszę wstać o świcie. W nocy sprawdzałem o której wstaje słońce i nastawiałem budzik. To była dobra decyzja, bo słońce zafundowało mi wyjątkowy spektakl.


Miejsce, w którym spałem to polana wypoczynkowa z ławami i stołami oraz łatwym dojściem do wody. Po porannym bieganiu wzdłuż rzeki z aparatem znów położyłem się spać i wstałem, gdy słońce było już wysoko, a po mgłach nie było śladu. Łatwo można było ten widok przegapić.


Na drugi brzeg Warty przeprawiłem się promem w Kozubowie. Coraz mniej mamy takich promów, trzeba korzystać póki jeszcze są.


Piękny, zielony rynek w Uniejowie. W tle widać bazylikę z XIV wieku i wieżę z początków XX wieku.


Zamek w Uniejowie. To też XIV wiek i najbardziej okazała budowla dzisiejszego dnia...


...albo i nie. Ta dawna karczma też stoi w Uniejowie i chyba robi większe wrażenie. Tym bardziej, że wisi na niej kartka, że "karczma została przeniesiona bla bla bla". Przeniesiona! A więc jeszcze nie tak dawno ten budyneczek rzeczywiście był działającą karczmą! Na zdjęcie załapał się tez wiatrak koźlak, a to tylko jeden z dwóch stojących tam koźlaków. Uniejów to chyba największe odkrycie tego wyjazdu. 


A potem to już tylko pokręcone drogi między wioskami. Trochę szutru, trochę asfaltu, trochę piasku.


Jeździłem tak między wioskami szukając starych dworów, ale żaden nie był wart tego, by go tu pokazać.


Przydrożny krzyż gdzieś wśród pól z dala od wszystkiego.


I tak sobie jechałem przed siebie coraz dalej i dalej...


...by na koniec dnia dotrzeć na KONIEC ŚWIATA!


Dystans86.20 km Czas05:28 Vśrednia15.77 km/h VMAX32.76 km/h Podjazdy440 m
Na Koniec Świata - dzień 5
Kategoria z sakwami

Kolejna noc pod dachem. Spałem na jakimś zapomnianym placu zabaw nad kanałem Ślesińskim. Fajne miejsce. Rano znów padało, więc ten dach bardzo się przydał.


Bazylika w Licheniu. Mówcie co chcecie, ale budowla robi wrażenie. To dowód na to, że we współczesnych czasach też można stworzyć arcydzieła, które zachwycają swoją formą i wystrojem. Żyjemy w czasach tandety i podziwiamy stare czasy i stare budowle, a tu, w Licheniu powstało coś, co będzie podziwiane przez wieki. I kompletnie nie chodzi mi o aspekt religijny ani o formę finansowania, podziwiam efekt.


Dalszy kierunek to Konin. Miasto ma jakby dwie części: tę starą na południowym brzegu Warty i tę nową, na północnym. Tę nową najlepiej ominąć szerokim łukiem i tu Konin bardzo mnie zaskoczył. Szybko zgarnęła mnie jakaś ścieżka rowerowa, która nowym mostem pieszo-rowerowym od razu wyprowadziła mnie do starej części. W ten sposób Konin nie pozwolił mi zobaczyć jaki jest brzydki. Od razu wpadłem na starówkę i... zachwyciłem się Koninem.


Rynek Starego Miasta, a raczej jeden z dwóch rynków. Obydwa są ładne i warte zobaczenia. Wreszcie, piątego dnia podróży i tylu odwiedzonych miastach wjechałem do takiego, który mi się spodobał.


Jedyne, co mogę zarzucić starej części Konina, to ulice zapchane samochodami, które stoją dosłownie wszędzie. Ale może za dużo wymagam? Może do Konina dociera za mało turystów, by opłacało się zamykać dla nich ulice? W końcu Konin nie jest wymieniany wśród miast wartych odwiedzenia. Nawet ja sam nie spodziewałem się po nim za wiele i trafiłem tu tylko przez przypadek, bo akurat tu znajdował się most nad Wartą. Na zdjęciu stary ratusz w Koninie.


Dziś ciężko mi wybrać który zabytek pokazać. Ten pałac w Kościelcu też mnie zachwycił. Od 2017 roku jest siedzibą Liceum Sztuk Plastycznych. Dobra lokalizacja dla przyszłych artystów.



A pod koniec dnia jeszcze jedna budowla warta pokazania. To zamek z XIV wieku stojący w pobliżu Koła. Najbardziej niezwykła jest lokalizacja zamku. Stoi nad samym brzegiem Warty, pośrodku niczego. Szerokie, otwarte przestrzenie, pustka i cisza tworzą niesamowity nastrój.

Dystans97.13 km Czas05:38 Vśrednia17.24 km/h VMAX45.04 km/h Podjazdy520 m
Na Koniec Świata - dzień 4
Kategoria z sakwami

Noc spędziłem na campingu w Żninie. Powód - był pod ręką. Nie planowałem na tym wyjeździe korzystać z płatnych noclegów, ale skoro się trafił we właściwym miejscu i czasie, to czemu nie?


Dobrze, że zostałem w Żninie. Rano podjechałem na stację Żnińskiej Kolei Wąskotorowej. Ta prawdziwa kolej przez Żnin już od dawna nie jeździ, ale wąskotorówka ma się nieźle. Trafiłem akurat na przyjazd i odjazd pociągu do... a właściwie to nie wiem dokąd on jechał. Do Biskupina? Na pewno jechał przez Wenecję lub do Wenecji. Mimo słabej pogody ludzi miał komplet.


Nie pojechałem pociągiem, chociaż bez problemu zabierał też rowery. A mogłem, bo i tak dojechałem do Wenecji, gdzie znajduje się muzeum kolei wąskotorowej.


Żnińska Kolej Wąskotorowa ma rozstaw szyn 600 mm (standardowo 1435 mm). Na tym zdjęciu widać porównanie szyn i kół kolei normalnotorowej i tej żnińskiej, która ma najwęższy rozstaw szyn wśród wszystkich kolei wożących normalnie pasażerów. Węższy rozstaw spotkać można tylko w kopalniach albo zakładach przemysłowych.


A może na ten Koniec Świata trzeba było jednak pociągiem pojechać? Za jednym zamachem pół świata bym zaliczył.


Ale póki co wybrałem rower i teraz muszę walczyć z wiatrem. Widać na tym zdjęciu jak wiatr wieje? A wieje prosto w twarz.


Rynek w Kruszwicy. Nawet ładny, ale martwy. W tych miasteczkach, które odwiedzam wszystkie rynki są martwe. Zwykle jak gdzieś dojeżdżam szukam rynku z nadzieją, że tam coś zjem i odpocznę. Na tym wyjeździe wciąż trafiam na miasta, w których na rynku nie dzieje się nic. Nawet lodziarni tam nie ma. W Kruszwicy całe życie przeniosło się nad jezioro, gdzie stoi słynna wieża, w której myszy zjadły Popiela, ale i tam oprócz fastfoodów z foodtrucków nic nie było.


A najciekawszym obiektem dzisiejszego dnia wcale nie była Mysia Wieża, tylko ten pałac stojący w Kobylnikach. Obecnie znajduje się w nim hotel.


Dystans115.44 km Czas06:28 Vśrednia17.85 km/h VMAX44.26 km/h Podjazdy650 m
Na Koniec Świata - dzień 3
Kategoria z sakwami

W nocy miało padać, więc znalezienie zadaszanego miejsca na nocleg wydawało się dobrym pomysłem. Nie przewidziałem jednak, że oprócz konkretnego deszczu będzie też konkretny wiatr, a moje zadaszenie to wyeksponowany punkt widokowy, na którym wiało pewnie mocniej niż gdziekolwiek indziej. Deszcz padał poziomo smagając falami wody nienaciągnięty namiot. Pod naporem wiatru namiot giął się niebezpiecznie i szybko przemókł. W środku miałem gorzej, niż w namiocie rozbitym na otwartej przestrzeni. Nauczka na przyszłość.


Deszcz ustępował bardzo powoli. Nie chciało mi się moknąć, skoro w prognozach były przejaśnienia. W dalszą drogę ruszyłem dopiero koło 13:00. Na zdjęciu droga wzdłuż Noteci.


Lasy mokre, ale z biegiem dnia chmur było coraz mniej, a za to coraz więcej słońca.




Rynek w Margoninie.


Z Margonina do Gołańczy jest kawałek drogi rowerowej poprowadzonej śladem dawnej linii kolejowej. Od razu widać, że to nie jest zachodniopomorskie. Nasze drogi nie mają takich ohydnych barierek. U nas rowerzysta może na takiej drodze czuć się swobodnie, a tam? Zamknięty jak bydło na wybiegu. Do tego każde skrzyżowanie, nawet z polną drogą to labirynt barierek, które trzeba pokonać. W tej Wielkopolsce to jeszcze muszą się wiele nauczyć.


Zamek w Gołańczy. Dziś po remoncie wygląda ładnie, ale to tylko namiastka pięciokondygnacyjnej wieży mieszkalnej z XIV wieku. Jej zniszczenie zawdzięczamy oczywiście Szwedom, a obecny wygląd późniejszym przebudowom na szlachecką rezydencję.


Najbardziej charakterystycznym miejscem na trasie miał być ten zamek w Gołanczy, ale to coś pojawiło się niespodziewanie i zrobiło na mnie większe wrażenie. Nie mam pojęcia co to jest za budynek. Znajduje się w miejscowości Wapno, w której była kiedyś kopalnia soli. Budynek to ruina z osypującymi się, czarnymi tynkami. Nad wejściem jest wielki balkon, który podtrzymują dwaj azteccy wojownicy. To chyba jakiś szalony pomysł z czasów komuny, ale tak naprawdę nie mam pojęcia kiedy i dlaczego takie coś tu powstało.


Koniec dnia zastał mnie w Żninie. Miałem w planie jechać jeszcze dalej, ale późny wyjazd zmusił mnie do szukania noclegu znacznie szybciej.


Dystans86.59 km Czas06:24 Vśrednia13.53 km/h VMAX40.36 km/h Podjazdy700 m
Na Koniec Świata - dzień 2
Kategoria z sakwami

Noc spędziłem nad jeziorem Pańskim, na skraju poligonu Drawsko. Bardzo ładne miejsce z pomostami i łatwym wejściem do wody. Obok znajduje się duże, darmowe pole namiotowe, które zostało całkowicie opanowane przez kamperowców. Funkcjonuje tam prawdziwe kamperowe miasteczko, a niektórzy siedzą tam nieprzerwanie od kilku miesięcy. Na szczęście na mój namiocik też znalazło się jeszcze miejsce. A najbardziej zaskoczyło mnie, że rano podjechał samochód - sklep z pieczywem. Oni naprawdę nie muszą się nigdzie ruszać. Nawet sklepy w tę głuszę przyjeżdżają.


Piękny szuterek w stronę Prostyni.


Osobliwy, piętrowy most. Dołem płynie rzeka Drawica, nad nią prowadzi droga, a nad rzeką i drogą jest jeszcze linia kolejowa.


Piasek. No cóż, okolice Drawska, to okolice piasków. Którą drogę by nie wybrał, zawsze się wpakuje w piasek. Dzisiejszy dzień to sporo pchania.


Czasem piaskowe drogi są utwardzane takimi płytówkami. Tu, przed Tucznem trafiłem akurat na fazę budowy takiej drogi.


Zamek w Tucznie. To najbardziej okazała budowla dzisiejszego dnia. Niestety, zamek od frontu jest zamknięty na głucho, a od tyłu zarośnięty. Zrobienie takiego zdjęcia wymagało włamania się przez płot do ogrodu zamkowego. Niczego więcej nie dało się już osiągnąć. Szkoda.


A potem już do końca dnia fajne asfalciki.


Chociaż nie wszyscy uważają je za fajne :)


Dystans104.29 km Czas05:51 Vśrednia17.83 km/h VMAX43.48 km/h Podjazdy770 m
Na Koniec Świata - dzień 1
Kategoria z sakwami
Zrobiło mi się trochę dni wolnego i chciałem je wykorzystać rowerowo. Pogoda miała inne plany i nagle zakończyła czas zwany latem i wtłoczyła do Polski front z wiatrem, zimnem i deszczowymi chmurami. Nie było mi to na rękę. Szarpałem się z myślami, przekładałem wyjazd z dnia na dzień, aż w końcu przebudowałem trasę, skróciłem, a w końcu narysowałem ją na nowo i pojechałem zupełnie w inną stronę, niż pierwotnie zakładałem. Kierunek - Koniec Świata.


Jezioro Miedwie


Zamek w Pęzinie. Najważniejszym celem byłą oczywiście droga, ale każdego dnia starałem się zobaczyć też coś ciekawego, jakiś zamek, pałac albo chociaż dwór. Nie będę zamieszczał zdjęć tych wszystkich odwiedzonych miejsc, ale z każdego dnia wybiorę jakiś jeden zabytek. Dziś zamek w Pęzinie oglądany zza muru.


Ale najważniejsze są oczywiście drogi. Te gruntowe...


...i te asfaltowe.


Widoczek na sam koniec dnia. Jest słońce, są deszczowe chmury i nawet widać padający deszcz. Na szczęście wszystko przeszło bokiem. Pierwszy dzień na plus. Może następne też nie będą takie złe.

Dystans63.88 km Czas02:55 Vśrednia21.90 km/h Podjazdy100 m
Gdy słońce zachodziło razem z księżycem
To był ten dzień, w którym księżyc chciał być ważniejszy od słońca. I nawet był, chociaż spektakl trwał bardzo krótko. Na miejsce obserwacji wybrałem Lubczynę. Tak jakoś pomyślałem, że zacumowane jachty będą dobrą sceną na ten wyjątkowy wieczór. A wyglądało to tak:







Już w drodze do Lubczyny spotykałem mnóstwo ludzi na polach. Wyglądało to jak samochodowe zloty. Słońce było jednak jeszcze za wysoko i za mocno świeciło, by dało się na nie popatrzeć lub zrobić jakieś zdjęcie. Wyszło mi tylko coś takiego:



A w Lubczynie tłum ludzi aż mnie zaskoczył. Dobrze, że nie wpadli na to, by wejść na marinę, tylko wszyscy siedzieli na plaży:



Dystans48.15 km Czas03:21 Vśrednia14.37 km/h Podjazdy420 m
Wilhelm Meyer i Szczecin
Szczecin nie ma szczęścia do architektów. Przez lata nawet nie miał nikogo, kto by dbał o jego wygląd. Teraz podobno ma, ale nie widać, by obecny Architekt Miasta Szczecina miał cokolwiek do powiedzenia na temat miasta. Zresztą poprzedni też w zasadzie pełnił tę funkcję raczej symbolicznie, a nie realnie. Tacy tam figuranci od brania kasy i nic więcej.

W rezultacie nowa zabudowa Szczecina jest chaotyczna i nieprzemyślana. Nawet te obiekty sztandarowe, którymi miasto próbuje się szczycić, to zupełne bezguście. Choćby nasza nowa filharmonia. Oh i ach, nagrody i piersi wypięte do medali, a wygląda jak tymczasowa, blaszana hala. Naprzeciwko stoi Muzeum Przełomów, które jest tylko betonowym placem. Na Arkę Noego na Łasztowni wylało się już takie morze hejtu, że już dawno powinno ją pochłonąć. Z nowszymi inwestycjami wcale nie jest lepiej. Waterfront na Kępie Parnickiej to zwykłe blokowisko, a planowany teatr na Łasztowni jeszcze nie powstał, a już został okrzyknięty „krematorium”. Było tyle fajnych projektów, a architekci wybrali krematorium. Tragedia. Oj, nie ma ten Szczecin szczęścia do architektów.

Ale nie zawsze tak było. W czasach niemieckich architekt miejski to była szycha. Od niego zależało jak miasto będzie wyglądać. Taki architekt nawet sam osobiście projektował w mieście budynki. Najsłynniejszym architektem w dziejach Szczecina był Wilhelm Meyer-Schwartau. W latach 1891–1921 sprawował urząd miejskiego radcy budowlanego, czyli miejskiego architekta. Cały układ urbanistyczny miasta to jego dzieło, a podobnie jak inni miejscy architekci także projektował obiekty użyteczności publicznej. Czerpał przy tym garściami z poprzednich epok tworząc neoromańskie i neogotyckie budowle. Cieszą one oko do dziś. Przypadkowo (albo nieprzypadkowo) są to najładniejsze budynki, jakie stoją w Szczecinie. Dziś pojechałem pokręcić się po mieście odwiedzając część z nich.




Dawny gmach szczecińskiego magistratu. zbudowany w 1900 roku. Swoją siedzibę miało tu wiele instytucji i urzędów. Po wojnie budynek został zaadoptowany na Akademię Lekarską, która po latach przekształciła się w Pomorski Uniwersytet Medyczny.




Urząd celny zbudowany w 1907 roku. Od początku aż do dziś pełni dokładnie tę samą funkcję. Zlokalizowano go między dwoma mostami prowadzącymi od wschodu do miasta i w pobliżu portu. Przed powstaniem tego monumentalnego obiektu, tez znajdował się tu urząd celny, tylko w innym budynku.




Kościół św. Gertrudy. Tak, Wilhelm Meyer projektował też kościoły. Ten powstał w 1896 roku i obecnie jest kościołem ewangelicko-augsburskim.




Najbardziej znane dzieło Meyera - Tarasy Hakena, zwane dziś Wałami Chrobrego. Jest to monumentalny taras widokowy o długości ok. 500 metrów zlokalizowany na skarpie nad samą Odrą. Powstał w w latach 1902–1921 z inicjatywy nadburmistrza Hermana Hakena, na cześć którego został pierwotnie nazwany.




Tarasy Hakena ozdabiają trzy reprezentacyjne budynki, a ten środkowy, w którym mieści się Muzeum Narodowe też zaprojektował Wilhelm Meyer. Budynek powstał w 1911 roku i od początku pełnił rolę muzeum.




Dom Parkowy z 1912 roku. Mieściła się w nim cukiernia i kawiarnia. Dziś znajduje się tu restauracja Clue.


Piękny, neogotycki budynek szkoły średniej dla dziewcząt z 1900 roku. Po wojnie również przeznaczono go na szkołę. Zarówno ten, jak i pobliski budynek LO I to projekty Wilhelma Meyera.


Kolejna szkoła projektowana przez Meyera. To Królewska Szkoła Budowy Maszyn z 1901 roku. Obecnie mieści się tu Wydział Elektryczny Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego.

To jeszcze nie wszystkie budynki zaprojektowane przez Meyera. Nawet nie wszystkie szkoły, a przecież zaprojektował też dwa szpitale. Przenoszę się jednak teraz na... cmentarz.




Cały układ cmentarza wraz z pokręconymi alejkami i neogotyckimi budynkami to też dzieło Wilhelma Meyera. Otwarto go w 1901 roku, a ostanie budowle oddano do użytku w 1903 roku. Do dziś jest to jeden z największych cmentarzy na świecie. Projektując go Meyer starał się nadać mu charakter ogrodu, by więcej było w nim ozdobnej zieleni, niż grobów.


Wilhelm Meyer-Schwartau zmarł w 1935 roku i został pochowany na cmentarzu, który sam zaprojektował. Jego nagrobek został zniszczony po wojnie, ale w 2002 roku odnaleziono go pod warstwą ziemi i ponownie ustawiono.


A na koniec tej wycieczki zrobiłem jeszcze rundkę do Puszczy Wkrzańskiej, gdzie w okolicach Pilchowa znajduje się Most Wilhelma Meyera. Most to za dużo powiedziane, jest to grobla przecinająca dolinę potoku Leśna. Grobla została nazwana imieniem Wilhelma Meyera w 1927 roku przez Bractwo Rowerowe ze Szczecina. Wilhelm Meyer nie tylko projektował budowle, ale był także propagatorem budowy w mieście pierwszych ścieżek rowerowych.

Dystans41.20 km Czas02:06 Vśrednia19.62 km/h Podjazdy100 m
Miasto
Dystans37.32 km Czas01:41 Vśrednia22.17 km/h Podjazdy100 m
Miasto